Aktualności

2020-05-18

Mateusz Taciak podsumowuje karierę kolarską

 

Jest jednym z najbardziej utytułowanych kolarzy polskiego peletonu. Wielokrotny medalista mistrzostw Polski, zwycięzca najważniejszych wyścigów w kraju, świetny góral i czasowiec - tak pokrótce opisać można Mateusza Taciaka. Zawodnik Voster ATS Team podjął decyzję o zakończeniu kariery sportowej.

Popularnego „Taciora” w polskim peletonie zna każdy. Trenowanie kolarstwa zaczynał w rodzinnym Kórniku. Najbardziej kojarzony z pomarańczowym strojem, bo w ekipie CCC spędził aż osiem sezonów. Z początkiem 2019 roku dołączył do zespołu Voster ATS Team, dla którego wywalczył brązowy medal MP ze startu wspólnego.

Przez lata ścigania na swoje konto zapisał tytuł Górskiego Mistrza Polski, sześć medali mistrzostw Polski w indywidualnej jeździe na czas (Elita), wygrane klasyfikacje generalne takich wyścigów jak: Szlakiem Grodów Piastowskich, Szlakiem Walk Majora Hubala, Małopolski Wyścig Górski, Dookoła Mazowsza czy Bałtyk-Karkonosze Tour. Za granicą pokazywał się m.in. w Tour of Qinghai Lake, gdzie wygrał etap i zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej.

Po 22 latach w peletonie podjąłeś decyzję o zakończeniu kariery kolarskiej. Powiedz trochę o tym czym ta decyzja była podyktowana?

Mateusz Taciak: - Generalnie rzecz ujmując - po prostu rozsądkiem. Pod koniec ubiegłego sezonu miałem problemy zdrowotne, ale po przerwie jesiennej czułem się już dużo lepiej i postanowiłem spróbować powalczyć jeszcze jeden sezon. Nie wiedziałem czy robię dobrze, ale tak planowałem i bardzo mi na tym zależało.

Zmieniłem trochę perspektywę przez obecną sytuację. Dla mnie to znak, że jednak nie było mi dane. Znam swój organizm dość dobrze i wiem, że ten sezon dla mnie jest już stracony. Zawsze byłem kolarzem, który do tej najlepszej dyspozycji dochodził startami, nawet przez miesiąc lub dłużej. Dopiero wtedy przychodziła oczekiwana forma, która pozwalała wygrywać. A więc wiem, że nawet jak sezon ruszy jeszcze w tym roku to będę miał zbyt mało czasu na to, by zrobić coś konkretnego dla mojego zespołu. Chcę być po prostu w porządku. Może dzięki temu będzie w teamie miejsce dla młodego, rozwijającego się zawodnika.

Jakie emocje towarzyszyły lub nadal towarzyszą tej decyzji?

- Emocje…. One są nie do opisania. Śmiało mogę powiedzieć, że była to jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Myślę, że każdy sportowiec ma czasami gorsze momenty i ja również takie miewałem. Nie raz myślałem nawet o zakończeniu kariery. Jednak kiedy przychodzi ten moment na serio, to okazuje się to trudniejsze niż sobie wyobrażałem. Owszem, biłem się z myślami czy dobrze robię, ale potem uświadomiłem sobie, że pod koniec tego roku nie byłoby łatwiej, więc po co to odwlekać.

Cofnijmy się nieco w czasie. Opowiedz jak właściwie rozpoczęła się twoja przygoda z kolarstwem. Gdzie zaczynałeś się ścigać i jak to wyglądało?

- Moje kolarstwo zaczęło się w 1998 roku dzięki mojemu tacie. Złożył mi kolarzówkę i zaczął mnie trenować. Mój pierwszy klub to Stomil Poznań, ale tam byłem krótko, ponieważ dość szybko tata stworzył klub w Kórniku UKS Jedynka Kórnik, który istnieje do dziś. Jeździłem wtedy ze Sławkiem Spławskim. Dobrze sobie radziliśmy we dwójkę, ale w kategorii junior zaczęło brakować nam drużyny. Dlatego w 2002 roku trafiłem do klubu KTK Kalisz, gdzie moim trenerem był Jacek Kasprzak. Ścigałem się tam cztery lata.

Twoja przygoda z poważniejszym ściganiem rozpoczęła się w 2006 roku wraz z wyjazdem do Francji, gdzie przez trzy sezony reprezentowałeś amatorską ekipę Etupes Le Doubs. Jak się stało, że się tam znalazłeś?

- W sumie czysty przypadek. Jeździł tam Tomek Smoleń już ładnych parę lat. Francuska ekipa chciała, by do składu dołączył jeszcze jeden Polak. Tak się złożyło, że to byłem ja. Miałem taką możliwość, zaproponowali mi miejsce w ich składzie. Decyzję podjąłem dość szybko, choć trochę był to skok na głęboką wodę.

Domyślam się, że było to dla ciebie duże wydarzenie, jako dla młodego zawodnika…

- Zdecydowanie. Byłem młodym chłopakiem, to był ostatni rok młodzieżowca, czyli miałem 22 lata. To było trudne, można powiedzieć, że z dnia na dzień rozpocząłem samodzielne życie z dala od wszystkich. Z perspektywy czasu widzę w tym raczej same pozytywy. We Francji jest trudne kolarstwo, dzięki czemu mocno podniosłem swój poziom sportowy. Zacząłem robić wyniki – tam, jak i na mistrzostwach Polski w elicie. Myślę, że to pomogło mi znaleźć się później w najlepszych polskich zespołach. Był to też spory sprawdzian dla mojego związku z Kasią. To nie były krótkie rozstania, ale byliśmy w stanie to przetrwać. Po kilku latach została moją żoną, jesteśmy razem do dziś i mamy trójkę wspaniałych dzieci.

Kiedy wyjeżdżałeś do Francji, jako zawodnik u progu kariery, jak sobie wyobrażałeś swoją dalszą kolarską ścieżkę? Czy może nie myślałeś o tym w tamtym czasie?

- Na pewno wyjeżdżałem z myślą, żeby zrobić tam wyniki i pójść gdzieś wyżej. Akurat miałem takiego pecha, że była to właśnie Francja – kraj, w którym nie brało się Polaków do zawodowych ekip. Jeśli były jakieś miejsca we francuskich grupach to zwykle przypadały one francuskim kolarzom – nawet jeśli mieli oni słabsze wyniki. Dostałem jedną propozycję z holenderskiej drużyny, ale w momencie, kiedy prowadziłem już mocno zaawansowane rozmowy z Piotrem Kosmalą i miałem konkretną propozycję kontraktu w ekipie Mróz.

Czyli do wyboru było ściganie w Holandii lub powrót do kraju?

- W Holandii proponowano mi bardzo dobre warunki, ale problem był taki, że to cały czas była drużyna amatorska. Między innymi dlatego się nie zdecydowałem. Chciałem już wreszcie być zawodowcem. Nie ukrywam, że myślałem też już o powrocie do Polski. Może to był błąd? Tego nigdy się nie dowiem. Ostatecznie to były dobre dwa lata w Mrozie. Mój pierwszy zawodowy kontrakt, duże przeżycie. Kiedy było wiadomo, że ekipa nie przetrwa dalej, pięciu najlepszych zawodników trafiło do zespołu CCC. Ja byłem wśród nich.

W ekipie CCC spędziłeś aż osiem lat. To spory kawałek życia! Bardzo rzadko można mówić o kolarzu, który tak długo reprezentuje jedne barwy.

- To naprawdę był kawał życia (śmiech). Cieszę się z tego powodu, bo podejrzewam, że w innym wypadku pewnie musiałbym wcześniej zakończyć ściganie. Oczywiście nie miałem dużego żalu, że po tych ośmiu latach nie mogłem dalej przedłużyć kontraktu, rozstaliśmy się w bardzo przyjaznej atmosferze. To i tak był ogrom czasu, duża i ważna część mojej kolarskiej kariery i będę te lata wspominał do końca życia. Jestem im wdzięczy do dziś.

Były to lata 2011-2018. Jak przez ten czas zmieniała się ekipa, jak zmieniało się kolarstwo?

- Mogę powiedzieć, że bardzo wiele zmieniło się przez ten czas na pewno pod względem profesjonalizmu. Przez te osiem lat grupa bardzo ewoluowała. Co roku się zmieniała, rozwijała. Zwłaszcza ostatnie dwa lata to kolosalny postęp, porównując do samego początku. Bardzo się cieszę, że mogłem w tym uczestniczyć.

Ostatecznie z CCC Sprandi trafiłeś w sezonie 2019 do Voster ATS. Dobrze się stało?

- Świetnie się stało i absolutnie nie żałuję tej decyzji. Cieszę się, że mogłem pościgać się jeszcze rok. Oczywiście, miałem chwile zawahania czy może lepszym rozwiązaniem nie będzie zakończenie kariery. Nie chodzi mi o to, że zastanawiałem się czy ta drużyna jest odpowiednia, tylko myślałem bardziej pod kątem swojej psychiki. Nie ukrywajmy, że była to duża zmiana, nie byłem pewny czy podołam psychicznie, fizycznie, czy będę w stanie odpowiednio przygotować się do sezonu i zawalczyć o dobre nastawienie. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze się stało, że dałem sobie jeszcze ten rok i jestem wdzięczny ekipie Voster ATS za tę szansę.

Sezon 2019 przyniósł ci brązowy medal mistrzostw Polski ze startu wspólnego. Można go chyba potraktować jako ładne zwieńczenie twojej kariery?

- Tak, to mój pierwszy medal ze startu wspólnego. Marzyłem o nim – jak pewnie każdy kolarz stający na starcie mistrzostw Polski. Udało się. Cieszę się też, że mogłem zdobyć go dla ekipy Voster ATS, bo generalnie cały sezon nie był dla mnie zadowalający, czegoś brakowało. Na mistrzostwach Polski wszystko poszło dobrze, wywalczyłem dla ekipy ten medal i z czystym sumieniem mogę jako zawodnik odejść pozostawiając coś po sobie. Zawsze mówiłem, że lepiej skończyć z wynikiem niż z niczym, choć teraz powiem szczerze, że ten wynik wcale nie ułatwia odejścia…

Medali mistrzowskich na czas w elicie miałeś aż sześć, ale… same brązowe! Czy masz w związku z tym niedosyt?

- Pewnie, że mam! Myślałem kiedyś, że z roku na rok będzie mi łatwiej o lepszy wynik – czy choćby mocniejsze zbliżenie się do tego złota. Kiedy zdobywałem mój pierwszy brąz, jeszcze jako młody chłopak ścigający się we Francji, to do koszulki mistrza naprawdę niewiele mi brakowało. Widziałem, że mocno podniosłem swój poziom. Przyjeżdżałem do Polski i w elicie walczyłem o medal, przegrywając złoto o kilkanaście sekund. Liczyłem więc po cichu, że w następnych latach się uda. Niestety tak się nie stało, zawodnicy z WorldTouru zaczęli startować w elicie, poziom się mocno podniósł. Okazywało się wtedy, że brąz to jednak duży sukces, kiedy miałem okazję stać na podium z Michałem Kwiatkowskim i Maciejem Bodnarem. Wynagrodziłem to sobie trochę złotem Górskich Szosowych Mistrzostw Polski.

Sukcesów w twojej karierze było sporo. Potrafisz wskazać, który był dla ciebie najcenniejszy?

- To bardzo, bardzo trudne pytanie. Na pewno moje medale mistrzostw Polski, w tym ten ostatni – jednak wyścig ze startu wspólnego o mistrzostwo kraju to jest coś wyjątkowego. Również ważny był dla mnie wspomniany tytuł górskiego mistrza Polski, ponieważ była to moja jedyna indywidualna koszulka mistrzowska w elicie. Jest też na moim koncie parę wyścigów etapowych, które zawsze dużo dla mnie znaczyły. Będąc w CCC było kilka ważnych dla nas wyścigów, na których udało mi się powalczyć. Mogę tu wskazać Grody Piastowskie, które jechaliśmy na terenie naszego sponsora, czy Szlakiem Walk Majora Hubala. Generalnie z wszystkich polskich wyścigów etapowych nigdy nie udało mi się wygrać tylko Wyścigu „Solidarności" i Olimpijczyków.

Czyli nie jest możliwe, by wskazać ten jeden najważniejszy wyścig…

- Ciężko. Tak naprawdę oprócz wyników sportowych, dla mnie każdym dużym sukcesem było podpisanie kolejnego kontraktu na przyszły rok bez proszenia, tylko dzięki temu, że na to zasłużyłem.

Jak przez te lata zmieniłeś się jako zawodnik pod kątem nastawienia psychicznego? Domyślam się, że to z biegiem czasu ewoluowało.

- Oj, to była duża zmiana. Nie ma co ukrywać, że w tak ciężkim sporcie jakim jest kolarstwo, trudne momenty są nieuniknione. Zdarzało się, że miałem taki kryzys psychiczny, że zastanawiałem się czy w ogóle chcę jeszcze przedłużyć kontrakt. Głównie dlatego, że miałem wątpliwości czy dam radę być w odpowiedniej dyspozycji. Nie jest sztuką podpisać kontrakt i tylko zajmować miejsce w ekipie. Jeśli już jestem w składzie to chcę dawać z siebie wszystko i robić wyniki. Były takie chwile gdzie byłem bliski zakończenia ścigania i na pewno byłoby mi wtedy łatwiej skończyć niż teraz. Ale odbudowałem się po tej sytuacji tak mocny, że moje nastawienie psychiczne zmieniło się ogromnie.

Na czym polegała ta zmiana?

- Przejawiała się ona między innymi w tym, że zacząłem inaczej podchodzić do startów. Przeważnie było tak, że miałem dwie-trzy swoje najważniejsze imprezy, a do innych nastawiało się na pół gwizdka. Jednak z czasem moje podejście do treningu, do przygotowań ewoluowało. W ostatnich dwóch latach podniosłem swój poziom sportowy i dało mi to dużo satysfakcji. Może po wynikach nie zawsze było to widać, ale jak głosi kolarskie powiedzenie: „waty nie kłamią”.

Zapewne zmieniał się też twój organizm pod względem fizycznym? Odczuwasz upływające lata?

- Oczywiście, że czuję, że lata lecą. Przede wszystkim w tym, że organizm potrzebuje więcej czasu, żeby się zregenerować. Muszę jednak stwierdzić, że mam szczęście, że zdrowie mi dopisało i przez tyle lat byłem w stanie przygotowywać się do sezonu i być w dobrej dyspozycji.

Dzięki kolarstwu poznaje się wiele ludzi, którzy przewijają się przez ekipy. Czy masz takie znajomości, o których możesz powiedzieć, że przetrwają? Czy poznałeś w peletonie przyjaciół?

- Bez wątpienia, przez te lata poznałem mnóstwo świetnych ludzi, których zawsze będę dobrze wspominać. Wiadomo, wielu z nich to po prostu koledzy, bliżsi lub dalsi, z którymi się dobrze żyje, a przyjaciół jest garstka. I faktycznie dzięki kolarstwu mam parę takich osób, co do których mam pewność, że będą zawsze, niezależnie od tego, że nie będziemy się już razem ścigać. Między innymi jest to „Matys” - Bartek Matysiak, z którym zaczynałem w KTK Kalisz. To były nasze początki i choć Bartek wcześniej zakończył karierę, mamy bardzo dobry kontakt. Na pewno jest to też „Łysy” - Łukasz Owsian, z którym od półtora roku nie jestem w jednym zespole, a mimo to widujemy się prywatnie. Czasem jeszcze sezon się nie skończył, a my już planowaliśmy spotkanie w przerwie jesiennej. Jest też parę innych bliskich mi osób, choćby wcześniej wspomniany „Spławik” - Sławek Spławski, który nie ściga się już wiele lat, a do dziś się przyjaźnimy i często widujemy. Na takich jak oni zawsze mogę polegać. Powtarzam, że kolarstwo to nie jest tylko rower. To także ludzie i kończąc karierę z nimi równie ciężko jest się rozstać.

Ale czy faktycznie rozstajesz się na dobre z kolarstwem? Czy może zobaczymy się znowu na wyścigu, jak tylko sytuacja wróci do normy?

- Fajnie, że o to pytasz. Bardzo mnie to cieszy, że będąc w teamie Voster ATS stosunkowo niedługo, udało mi się zrobić dobre wrażenie jako kolarz oraz jako kolega. W momencie mojej rezygnacji otrzymałem od dyrektora sportowego Mariusza Witeckiego oraz team managera Krzysztofa Parmy propozycję pozostania w drużynie w sztabie szkoleniowym. Z wieloma osobami się zżyłem i dla mnie to bardzo ważne, że zostaję w drużynie i w kolarstwie. Jak tylko sezon ruszy to pewnie jeszcze się zobaczymy!

Twoja rodzina często była obecna na polskich wyścigach – dzieciaki kibicowały tacie. Ale chyba nie jest łatwo łączyć sportową karierę, wyjazdy na wyścigi i życie rodzinne?

- Na pewno wymaga to sporo poświęceń. Właściwie żona poznała mnie kiedy już byłem kolarzem, więc powiedzmy, że była przygotowana na to jak będzie. Zawsze musiała umieć się ogarnąć kiedy ja byłem na zgrupowaniach czy wyścigach. Dla mnie też nie było to łatwe. Na pewno kolarz, który nie ma jeszcze założonej rodziny i może poświęcić się wyłącznie treningowi jest w innej sytuacji. Zawsze kiedy wracałem do domu z wyjazdów to dzieci tak się cieszyły, że jestem i miałem z nimi tyle do zrobienia, że nie było łatwo o odpoczynek. Myślę, że mimo wszystko udało mi się pogodzić te dwa światy. Teraz nadszedł ten moment, że będę mógł poświęcić im więcej czasu. Ta perspektywa na pewno ułatwia mi nieco odejście od ścigania.

Na koniec zdradź nam jak układa się teraz twoje życie na sportowej emeryturze? Skończyłeś się ścigać, ale zapewne nie odstawiasz całkiem roweru?

- Roweru całkowicie nie odstawię na pewno. Wiadomo, jeżdżę teraz mniej i duuużo spokojniej, ale przestać zupełnie będzie ciężko robiąc to wcześniej przez 22 lata niemal codziennie. Zawsze chciałem by po karierze moje doświadczenie zostało przekazywane innym, dlatego rozpocząłem też współpracę z kolarzami-amatorami, by mogli trenować mądrze, efektywnie, podnosić swój poziom. To też sprawia, że na rowerze będę w dalszym ciągu jeździć.

Poza tym staram się rozwijać swoją firmę. No i oczywiście dom, rodzina… a to pochłania sporo, sporo czasu. Znajduję też chwilę, by zadbać o ogród, co zawsze sprawiało mi przyjemność i satysfakcję. Lubię też spędzić czas przy moich starych autach, poczyścić, popatrzeć… Naprawdę jest co robić! Mimo to i tak cały czas oswajam się z tą myślą, że już nigdy nie będę kolarzem i nie wystartuję w wyścigu. To naprawdę nie jest łatwe.

Rozmawiała: Karolina Halejak

Zdjęcia: Voster ATS Team / CCC Sprandi / Mróz Action / archiwum Mateusza Taciaka





Wróć

Kontakt